Spływ Kajakowy - relacja Pauliny.
Czy pamiętasz te czasy,
Gdy byłeś kajakarzem, przyjacielu?
Tegoroczny spływ kajakowy to już czwarta MOKRA (Robert wie to najlepiej hi hi hi) wyprawa członków i sympatyków Stowarzyszenia Czerwone Maki.
Tradycyjnie spływ odbywał się w drugiej połowie sierpnia (12-21.08.2005), tym razem rzekami Rospuda – Netta – Biebrza.
Miejscem spotkania był Wroceń, nad Biebrzą.
Dzień 0 – 12.08.2005 r., piątek
Spotkanie we Wroceniu
Przyjechaliśmy na miejsce w godzinach wieczornych. Najpierw sprawy organizacyjne, kasa, itp.
Było nas siedmioro (tak jak krasnoludków J ): Zenek (sprawca całego zamieszania), Duży Bartek – syn Zenka, Maciek – kolega Dużego Bartka, Robert – nasz przyjaciel, Mały Bartek – syn Roberta, Piotr – prezes Stowarzyszenia, no i ja – Paulina – jedyna kobieta J
Spływ rozpoczął wieczorek zapoznawczy – był chleb ze smalcem (domowy wyrób Aśki – żony Roberta), konserwowe ogórki, grzane wino (przepis Piotra) i mnóstwo gwiazd – już dawno nie widziałam tak gwieździstego nieba. Mówię Wam - piękny widok!
Zenek wróżył nam słoneczną pogodę...
Dzień 1 – 13.08.2005 r., sobota (dobrze, że nie piątek ;-))
Bakałarzewo – jezioro Bolesty
Pobudka wcześnie rano, chcemy jak najszybciej rozpocząć przygodę J
Wita nas piękne słońce (czyżby Zenek miał rację???)
Musimy zmienić nieco trasę spływu L Pierwotnie planowaliśmy rozpocząć spływ z początkiem biegu rzeki Rospuda, w miejscowości Supienie nad Jez. Rospuda, lecz wzięliśmy sobie do serca ostrzeżenia właściciela kajaków, że w pierwszym odcinku rzeki jej koryto jest bardzo płytkie (ponoć tak płytkie, że trzeba wysiadać z kajaków i je przeciągać lub przenosić) i postanawiamy rozpocząć spływ w miejscowości Bakałarzewo, na 27 km rzeki Rospuda.
Sprawny załadunek do samochodów (właściciel kajaków łapał się za głowę widząc nasze bagaże, jeszcze większe będzie jego zdziwienie, gdy wszystko zapakujemy do kajaczków... no prawie wszystko ;-)) i ruszamy do Bakałarzewa. Jazda na miejsce wodowania upływa szybko. Po drodze mijamy stada pasących się bocianów i latające krowy... albo odwrotnie J
Kajaki są cztery – wszystkie czerwone. W pierwszym płynęła gitarka z Zenkiem, w drugim Robert z Małym Bartkiem, w trzecim Duży Bartek z Maćkiem, a w czwartym Piotr i ja.
Sprawny rozładunek auta i szybki załadunek bagaży do kajaków. Właściciel czekał na koniec naszego załadunku, by móc zabrać ewentualnie rzeczy, których nie uda nam się zapakować – ale było tego naprawdę niewiele (jakieś zupełnie niepotrzebne przedmioty).
Jeszcze tylko kilka chwil na lądzie i ... ruszamy naprzeciw przygodzie J
Och, jak przyjemnie kołysać się wśród fal...
W miejscu wodowania rzeka płynie bardzo szybko i zaraz po starcie napotykamy pierwsze przeszkody – kamieniste bystrze wymaga wytężonej uwagi przy przepływie, ale wszyscy pokonujemy je bez problemów.
Po chwili wpływamy na Jezioro Sumowo, długie na 4 km kończy się w mgnieniu oka. Potem znów krótki odcinek rzeki - zwalone drzewka, płycizny i kamienie, następnie przelatujemy przez Jezioro Okrągłe i wpływamy na bardzo malownicze, rynnowe Jezioro Bolesty. Znajdujemy pole biwakowe i rozbijamy się na nocleg. Udaje nam się rozpalić ognisko i zjeść smażoną kiełbaskę. Dopada nas deszcz, Piotr próbuje przygrywać nam na gitarce, ale coraz intensywniejszy opad przerywa koncert.
Tego dnia dołączył do nas ... SMOK i będzie nam towarzyszył do końca naszej wyprawy.
Dzień 2 – 14.08.2005 r., niedziela
Jezioro Bolesty – Jaśki
W nocy nad naszymi głowami przeszła potężna ulewa, ale ranek przywitał nas znów słońcem. Zenek zarzeka się, że teraz już tylko będzie słońce. Lepiej żeby miał rację J
Przed nami ponad 17 km do pokonania. Kąpiel poranna w jeziorze, kawka, śniadanko, pakowanie sprzętu i bagaży, i ... jazda!
Jeziorem Bolesty przepływamy 6 km, które ciągną się nam wiekami - kręte jezioro ze spadzistymi brzegami zarośniętymi lasem... Zastanawiam się głośno: daleko jeszcze???
Nareszcie jest koniec jeziora, zarośnięty gęstymi trzcinami, gdzie nie widać by wypływała z niego jakaś rzeczka. Znajdujemy przepływ, przedzieramy się przez zarośla i wpływamy znów na Rospudę. Przed nami, jak się później okaże, bardzo ciężki etap podróży.
Głazy, zwalone drzewa, kamieniste płycizny, a do tego wąska i kręta rzeka daje się we znaki wszystkim. Atmosfera pomimo nielekkiej trasy wspaniała. Wszyscy rozbawieni i weseli. Dwukrotnie stoimy w korku. Powalone drzewa tarasują rzekę, a chęć ominięcia przeszkód wymusza konieczność wykonywania nie lada akrobacji by je wyminąć. Było mnóstwo zabawy, ale i strachu. Żałujcie nieobecni!
Docieramy do wsi Raczki Małe, przy młynie konieczna przenoska kajaków na odległość 50 m.
Postój we wsi Raczki i uzupełnienie zapasów w miejscowych sklepach. Mała przekąska pozwala na dalszy wysiłek w pokonywaniu trasy.
Do miejsca biwakowania jeszcze 7 km trasy, kręte koryto rzeki, brzegi zarośnięte wysokim lasem o stromych brzegach. Uwielbiające sąsiedztwo wody olchy czarne mieszają się z rozłożystymi świerkami ceniącymi wilgoć, ale bez przesady. Przewaga tych dwóch gatunków nadaje okolicy trochę mroczny charakter, zwłaszcza w partiach, gdzie las przylega do rzeki odcięty tylko pasmem jasnozielonych szuwarów. Trzeba wymijać powalone, przykryte wodą drzewa, uważnie wypatrywać właściwej drogi, aby nie osiąść znienacka na takiej przeszkodzie. Należy umiejętnie brać zakręty, raz machać energicznie wiosłem, a raz hamować. W końcu docieramy do wsi Jaśki.
Rozbijamy obóz, rozpalamy ognisko i zjadamy sytą kolację.
Późnym popołudniem do miejsca biwakowego dopływa grupa młodych ludzi, którzy długo nie będą pozwalali nam zasnąć swoją bardzo głośną zabawą i ... rąbaniem drewna.
Dzień 3 – 15.08.2005 r., poniedziałek
Jaśki
Pobudka wcześnie rano, świeci słońce J Byliśmy gotowi, w myśl zasady: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, zrobić naszym sąsiadom GŁOŚNĄ pobudkę, ale rozsądek wziął górę. I zachowywaliśmy się bardzo grzecznie ;-)
Zjadamy śniadanie i powoli się pakujemy. Czekamy aż wyschną nam namioty wilgotne od rosy. W międzyczasie Duży Bartek z Maćkiem pożyczają od gospodarzy rowery i jadą z wizytą do sklepu do pobliskich Raczek...
Czeka nas 20 km kajakowej podróży, ale czy na pewno...???
W miejscu startu, po prawej stronie brzegu rzeki nad wodą wiszą powalone drzewa, przepłynięcie pod nimi jest bardzo ryzykowne z uwagi na szybki nurt rzeki i niskie przejście pod drzewami, Duży Bartek z Maćkiem przepływają pod drzewem i ... prują do przodu, za Nimi podąża Zenek – omija przeszkodę płynąc wzdłuż lewego brzegu, zatrzymuje się i asekuruje pozostałych. Piotr i ja mijamy przeszkodę i spokojni o Roberta, którego ubezpiecza Zenek, odpływamy. Nagle słyszymy krzyki. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy, ale głosy milkną. Decydujemy - dzwonimy do Zenka. Dowiadujemy się, że ... kajak Roberta utonął. Musimy wrócić. Dzwonimy do Dużego Bartka i Maćka, ale chłopcy mają telefony wyłączone. Zostawiamy im wiadomość na poczcie głosowej.
Wysiadamy z Piotrem z kajaka i brodząc w lodowatej wodzie Rospudy z trudem prowadzimy kajak pod prąd. Dno jest bardzo kamieniste i trzeba uważać.
Docieramy z powrotem na miejsce biwakowe w Jaśkach, które dopiero co opuściliśmy: Mały Bartek płacze, Robert – powinnam użyć niecenzuralnego słowa, by określić jego stan emocjonalny, ale powiem tylko, że był bardzo mocno zdenerwowany ;-) Zenek pomaga nam wyciągnąć kajak na brzeg.
WSZYSTKIE rzeczy mokre!!! Kajaczek zatonął... Aparat fotograficzny, telefon komórkowy i wszystkie inne sprzęty elektroniczne nie działają. Droga kąpiel...
Robert, za namową dziecka, próbował przepłynąć pod drzewami, zamiast je wyminąć, i jak widać nie udało się...
Po lekkim szoku zabieramy się do ratowania tego co wyłowiono z wody. Nic nie zginęło, tylko nadal w wodzie pozostają Roberta okulary. Panowie przystępują do ekspedycji poszukiwawczo-ratunkowej. Ja z Małym Bartkiem opłukujemy wszystkie rzeczy z błota i rozwieszamy na sznurach rozciągniętych wokół całego biwaku (po rozwieszeniu całości widok był niesamowity!!!).
W tym czasie Robert z Zenkiem i Piotrem na zmianę brodzą i nurkują w wodzie wypatrując okularów. Po długich i wyczerpujących poszukiwaniach wreszcie sukces! Okulary znalazł Robert i był niezwykle uszczęśliwiony tym faktem J
Duży Bartek z Maćkiem kontaktują się z nami popołudniu. Okazuje się, że dopłynęli do kolejnego miejsca postoju. Poza rzeczami osobistymi i namiotem nie mają ze sobą nic więcej. Jedzenie, napoje i inne potrzebne przedmioty zostały w naszych kajakach, ale jak się później okaże – chłopcy poradzili Sobie wspaniale. Umawiamy się, że we wtorek dopłyniemy do nich, by znów móc wspólnie kontynuować spływ.
Urządzamy sobie wieczór przy ognisku... tańce, hulanki, swawole... do bardzo późnych godzin nocnych.
Jak mówi niedźwiedzie przysłowie: Prawdziwych przyjaciół poznaje się w... wodzie, znaczy się w biedzie ;-)
Dzień 4 – 16.08.2005 r., wtorek
Jaśki – Jezioro Rospuda (Goła Zośka)
Pobudka. Wita nas słońce J
Szybkie śniadanko, pakujemy bagaże i ruszamy. Przed nami ponad 20 km do przepłynięcia. Rozpoczyna się ponad trzykilometrowy trudny odcinek spływu, na którym meandrujące koryto rzeki o niedostępnych brzegach, szybkim nurcie i zmieniającej się głębokości, tarasowane jest często przez wykroty i zwalone drzewa. Wszyscy musimy bardzo uważać. Płyniemy trzymając się blisko siebie. Po przepłynięciu około 3 km zatrzymujemy się na Uroczysku Święte Miejsce (prastare miejsce pogańskiego kultu religijnego, znajduje się tu postawiona w ogrodzeniu kapliczka i kilka drewnianych i kamiennych krzyży, a także duży drewniany świątek; miejsce to otacza nimb tajemniczości i niezwykłości), kilka pamiątkowych zdjęć i ruszamy w dalszą drogę.
Trasa wiedzie cały czas bardzo wąską rzeką z bagnistymi brzegami zarośniętymi gęstą trzciną na wysokość 3-5 metrów. Upał nieziemski i okropne muchy. Jakieś inne robactwo spadające z trzcin i łażące po całym ciele, a do tego jeszcze odciski nabyte na pewnej części ciała od twardych kajakowych siedzeń. Chwilami zastanawiamy się jak płynąć, jak zakręcać, gdy dziób i rufa kajaka dotyka na wirażach trzcin?
Zenka dopada zwątpienie... Pada pamiętne wyznanie: (...)! nie płynę dalej!
Przez kilka godzin nie spotykamy miejsca, by można było wysiąść na brzeg (nasze pęcherze przeszły ciężką próbę), aż wreszcie, zda się po godzinach męczarni, rzeka staje się szersza, z mniejszym prądem i bardziej prosta. Znikają trzciny, pojawia się las. Wszystko to oznacza bliskość jeziora i koniec kolejnego etapu. Po wpłynięciu na Jezioro Rospuda, na jego lewym brzegu fundujemy sobie kąpiel. Co za rozkosz!!!
Jeszcze tylko kilka machnięć wiosłem i dopływamy do półwyspu Goła Zośka, na plażę gęstą od kąpiących. Rozglądałam się dokładnie po brzegach i zapewne Zosiek tam było wiele jednak żadna goła ;-)
Zjadamy pyszny obiad w pobliskim barze i wracamy rozbić obóz.
Dzielimy się zadaniami. Zenek, Robert, Maciek, Duży Bartek i ja idziemy po zakupy do Augustowa. Tak, tak, do Augustowa! Piotr z Małym Bartkiem pilnują obozowiska.
Po powrocie kolacja, dzielenie się wrażeniami z minionych dni i... niektórych jutro będzie boleć głowa... ;-)
Padam ze zmęczenia...
Dzień 5 – 17.08.2005 r., środa
Jezioro Rospuda – Jezioro Sajno
Pobudka, niekoniecznie poranna, raczej przedpołudniowa. Panowie R. i Z. mają kłopot z głową ;-) Śniadanko musi być lekkie. Wypływamy około południa, ale odcinek przed nami krótki, więc nie musimy się spieszyć.
Płyniemy Jeziorem Rospuda. Przepływamy cieśninę łączącą Jezioro Rospuda z Jeziorem Necko. Płyniemy w poprzek Jeziora Necko, po lewej mijamy liczne ośrodki wypoczynkowe i hotele oraz plaże i wyciąg nart wodnych. Dalej, płynąc po stojącej wodzie Kanału Augustowskiego o umocnionych brzegach dopływamy do rozwidlenia i wpływamy w lewą odnogę. Docieramy do śluzy Augustów. Niezbędna przenoska przez ruchliwą drogę Białystok – Suwałki. Tir za tirem i tirem pogania ;-) Po fachowej przenosce przerwa na popas. Dzielimy się na dwie grupy. Najpierw Zenek z Dużym Bartkiem i Maćkiem idą na posiłek. Robert z Małym Bartkiem, Piotr i ja zostajemy przy kajakach. Przylatuje jaskółka, której akrobacje nad brzegiem kanału rozbawiają panów do łez ;-)
Potem zmiana jedzących. Jakieś zakupy, w celu uzupełnienia zapasów i znów ruszamy w drogę. Płyniemy uregulowaną Nettą (Kanałem Augustowskim) i docieramy do starego koryta Netty. Wpływamy na Jezioro Sajno. Szukamy dogodnego miejsca na biwak.
Rozbijamy obóz w lesie nad brzegiem jeziora. Wspólna kolacja i zabawa przy dźwiękach Piotrowej gitarki. Zimny wieczór wygania nas szybko do namiotów.
Dzień 6 – 18.08.2005 r., czwartek
Jezioro Sajno – Grabowe Grądy
Wczesna pobudka, szybkie śniadanko, sprawne pakowanie i ruszamy przed siebie. Dopływamy do wsi Białobrzegi. Konieczna przenoska – przebiega bardzo sprawnie po śliskiej trawie. Tym sprawniej, że widzimy tablicę z zakazem wstępu. Na moment dołączają do nas OGROMNE żaby. Ale musimy się z nimi rozstać. Nie zabieramy pasażerów na gapę ;-) Krótki postój – posilamy się lodami i ruszamy w dalszą trasę. Płyniemy wśród łąk, woda w rzece bardzo czysta z bujną roślinnością. Warto mieć oczy szeroko otwarte, rozglądać się i podziwiać. Nie spieszymy się, podziwiamy krajobrazy i opalamy się. Jesteśmy na wczasach... Woda przejrzysta jak szkło pozwala penetrować życie rzeczki: falujące podwodne łąki okrężnicy, rdestnicy i moczarki kanadyjskiej, przemykające wśród nich drobne rybki, bo większe kryją się głębiej. Odkładamy wiosła i cicho suniemy korytem rzeki niesieni jej ospałym nurtem.
Pod wieczór dopływamy do wsi Gabowe Grądy. Znajdujemy miejsce na biwak przy piaszczystym, podmytym zakolu na suchej, pagórkowatej łączce. Robert puszcza latawce – takie profesjonalne! Wszyscy chcą spróbować. Super zabawa. Bawimy się wspaniale... ale musimy rozbić obóz. Porzucamy przyjemności i wracamy do obowiązków. Decydujemy się na spacer do wsi. Obozowiska pilnują Robert z Małym Bartkiem. Pozostali idą na rekonesans. Wieś zamieszkała jest przez starowierców. Spacer zdaje się trwać wieczność. Po powrocie zjadamy kolację i szybko znikamy w namiotach - wieczór jest niezwykle chłodny.
Dzień 7 – 19.08.2005 r., piątek
Grabowe Grądy – Śluza Dębowo
Dzień dobry. Panowie wstają wcześnie rano. Ja śpię do późna. Mężczyźni szykują sobie śniadanie i całkiem sprawnie im to wychodzi. Wsiadamy do kajaczków, zamaczamy wiosła i w drogę. Przed nami znów prawie 20 km do pokonania. Na nowo żar leje się z nieba.
Trasa wiedzie równinną doliną Netty. Rzeka płynie przez tereny łąkowe z brzegami porośniętymi trzcinami. Szeroka na 10 do 15 metrów. Po przepłynięciu około 10 km rzeka staje się bardziej leniwa i szeroka na 20 metrów. Woda czysta. W powietrzu fruwają ważki o zielonych i przejrzystych skrzydłach. Na brzegach krzewy kaliny koralowej. To znak, że wpłynęliśmy na teren Biebrzańskiego Parku Narodowego. Szlak jest piękny. Krótki postój w Polkowie, gdzie po oczekiwanym polu namiotowym pozostały tylko resztki rozbitego stołu i brudy. Oglądamy pobliską kapliczkę i znów do wioseł. Dalej trasa wiedzie szerokim na 25-30 metrów korytem rzeki. Docieramy do Dębowa. Płynąc na wprost dopłyniemy do elektrowni wodnej, do śluzy musimy kierować się na prawo. Śluzowanie trwa około 10 minut. Za śluzą Netta wpływa do Biebrzy. Rozbijamy obóz na cyplu pomiędzy wodną elektrownią a śluzą. Robert z Małym Bartkiem licząc na szczęście łowią ryby, dołączam do nich, zarzucam wędkę, ale zerwany przypon i blacha skutecznie mnie zniechęcają do tego zajęcia L Wracam do obozu. Duży Bartek z Maćkiem chyba są chorzy ;-) Szybko zasypiają. Zenek też gdzieś znikł na całe popołudnie i wieczór. A potem niepostrzeżenie ułożył się do snu.
W międzyczasie odkrywamy z Piotrem, że z naszego materaca uchodzi powietrze. Chyba nie mieliśmy szczęśliwych min z tego powodu. Ale nic nie możemy na to poradzić. Ratunku będzie trzeba szukać dopiero w Warszawie.
Z połowów powracają Robert z Małym Bartkiem. Nie mają ryb i połowy wędkarskiego osprzętu. Zasiadamy do kolacji we czwórkę: Robert, Mały Bartek, Piotr i ja. Wracamy pamięcią do czasów szkolnych i studenckiego życia. Mały Bartek słucha naszych wspomnień z radością. Hmm... Jaki człowiek był kiedyś piękny i młody... Teraz tylko piękny... ;-)
Zasypiamy otuleni zapachem przeszłości.
Dzień 8 – 20.08.2004 r., sobota
Śluza Dębowo- Wroceń
Dziś ostatni etap przed nami. Śniadanie, przećwiczony załadunek i w drogę. Mamy jakieś 13 km wiosłowania. Rzeka jest prosta i szeroka na odcinku do Starego Dolistowa. Wiosłujemy leniwie, upał jest potworny, słońce nas nie oszczędza. Zatrzymujemy się na polu biwakowym, gdzie niestety nie znajdujemy opisywanego w przewodnikach baru – nie działa od trzech lat. Zostajemy z Piotrem przypilnować kajaczków, pozostali idą uzupełnić zapasy płynów, tak pożądanych w upalne dni. Po ich powrocie jeszcze krótki odpoczynek i można rozpocząć dalszą wędrówkę.
Rzeka zaczyna znowu zataczać przyjaźnie znajome zakola.
Po przepłynięciu około 4 km docieramy do Wrocenia. Jako pierwsi przypływamy Piotr i ja. Następnie Duży Bartek i Maciek, dużo później dopłyną Robert z Małym Bartkiem i Zenek z gitarką.
Czas rozpocząć błogie lenistwo. Korzystam z okazji i biorę gorący prysznic. Czekamy na posiłek. Zamówiliśmy kilka dni wcześniej dwudaniowy obiad. Na pierwsze był barszcz ukraiński, a na drugie kartacze – to takie OGROMNE pyzy ziemniaczane z nadzieniem mięsnym ze skwarkami i cebulką. Jedliśmy, aż nam się uszy trzęsły! Był nawet konkurs o pyzę której nie zjadł Mały Bartek, przypadła ona Piotrowi, którego wynik losowania bardzo ucieszył (ucieszyłby pewnie każdego z nas).
Wszyscy są potwornie spieczeni słońcem. Szukamy rozpaczliwie cienia. Łowimy ryby. Lenimy się. Nareszcie wieczór.
Rozpalamy ognisko, śpiewamy, biebrzymy... ;-) Planujemy przyszłoroczny spływ. Jutro będziemy musieli wrócić do Warszawy.
Dzień 9 – 21.08.2005 r., niedziela
Wroceń
Pobudka. Na śniadanie jajecznica. Zjadamy ją z apetytem i zabieramy się za pakowanie. Żegnamy się z gospodarzami. Zenek z Dużym Bartkiem i Maćkiem wyruszają bezpośrednio do Warszawy, my (Robert z synem i Piotr ze mną) postanawiamy zahaczyć o festyn ludowy w Osowcu. Załapujemy się na darmowe zwiedzanie Twierdzy Osowiec. Po kilku pierwszych słowach przewodnika już wiemy dlaczego impreza jest darmowa hi hi hi. Dowiadujemy się, że kiedyś tam nie było Polski. No cóż, człowiek uczy się całe życie ;-)
Wracamy do Warszawy zmęczeni (przede wszystkim upałem), ale bardzo szczęśliwi.
Zapewniamy, że w przyszłym roku, tak młodzi jak i starzy, znowu się spotkamy na kolejnym spływie, gdzieś tam na jakiejś rzece w Polsce. Na pewno!!!
Małe podsumowanie: